poniedziałek, 5 maja 2014

Podkład Better Skin Maybelline - moje wrażenia :)

Witajcie Słoneczka :)
Podkład jest dla mnie niezastąpionym kosmetykiem do wykonania perfekcyjnego makijażu, a dobry podkład zapewnia doskonały wygląd skórze i długotrwałe efekty, dzięki czemu nie muszę co chwilę zaglądać do lusterka, by sprawdzić czy wszystko w porządku z moją twarzą czy czas już robić poprawki.
Gdy na rynku pojawił się nowy podkład Better Skin Maybelline zapragnęłam go wypróbować na własnej skórze, delikatna formuła wróżyła przyjemność ze stosowania, a po ile moja skóra ostatnio nieco zmieniła swój typ, potrzebowałam czegoś kryjącego, lekkiego, ale jednocześnie trwałego.
Od ponad miesiąca używam Better Skin`a niemal codziennie, o tym, jak sobie radzi na mojej skórze dowiecie się z dzisiejszej notki :)


Słów kilka od producenta

Niedoskonałości? Przebarwienia? Zmęczona skóra?
Przestań tylko maskować ten problem.
Postaw na perfekcyjny wygląd natychmiast i widocznie lepszą skórę dzień po dniu!
Podkład Better Skin pierwszy podkład, który działa dla nieskazitelnego wyglądu skóry natychmiast i lepszej skóry już po 3 tygodniach.
Czas pożegnać nierówności, przebarwienia czy szarość cery i przywitać skórę widocznie gładszą, ze zredukowanymi przebarwieniami, niczym odnowioną skórę.
Przy regularnym stosowaniu innowacyjna formuła z Actyl C redukuje nierówności, zaczerwienienia oraz szarość cery.
78% kobiet potwierdza lepszy wygląd skóry.


Przyznam, że opakowanie podkładu bardzo mi podoba się, jest to buteleczka, o pojemności 30 ml, wykonana z gładkiego, grubego szkła wyposażona w plastikowy dozownik - buteleczka ładnie wygląda w tej kolorystyce, prócz tego jest poręczna i wygodna w użyciu, dozownik działa bez zarzutu, precyzyjnie dawkuje podkład, nawet w małej ilości, nie zacina się, a otwór dozujący został dobrze dopasowany do konsystencji produktu, jest również łatwy do utrzymania w czystości.
Dozownik jest zamykany przezroczystym, plastikowym korkiem, który zapewnia ochronę i zapobiega wysychaniu podkładu.



Na buteleczce zostały umieszczone etykiety zawierające wszystkie niezbędne informacje dotyczące kosmetyku, znajdziemy na nich krótki opis, określony typ cery, do której został przeznaczony - cera normalna, informacja o tym, iż podkład zawiera filtr przeciwsłoneczny - SPF 20, numer odcienia, termin ważności - 12 miesięcy od momentu otwarcia oraz pełny skład - zamieszczam dla zainteresowanych.


Po zimie mam jasną, nieco bladą skórę z wyraźnie widocznymi przebarwieniami, zaczerwienieniami i rozszerzonymi naczynkami, wybrałam więc dla siebie najjaśniejszy z sześciu odcieni - 005 Light Beige.
Wydawało mi się, że kolorystycznie idealnie powinien dopasować się do mojej skóry, ciemniejsze odcienie nie wchodziły w grę, jednak gdy pierwszy raz go zobaczyłam, obawiałam się, że jednak będzie zbyt ciemny...


Podkład Better Skin 005 Light Beige ma nieco różowo-pomarończowe tony, jednak po wyschnięciu jego " żywa " kolorystyka łagodnieje, mam wrażenie że dopasowuje się on do skóry.
Konsystencja półpłynna, lekka, delikatnie kremowa, zapach trocha specyficzny, ale nie przeszkadzający, nie duszący, bardzo słabo wyczuwalny - po kilku użyciach już na niego nie reagowałam zupełnie.


Rozszerzone pory, zaczerwienienia i naczynka, mimiczne zmarszczki, delikatne przebarwienia, ziemisty koloryt oraz kółka pod oczami...
Właśnie tak obecnie wygląda moja skóra bez makijażu, dodatkowo po zimie stała się wrażliwa, miejscami przesuszona, mniej przetłuszcza się, reaguje podrażnieniami na wiele kosmetyków, które zazwyczaj stosowałam - chcę delikatnego traktowania i dobrego krycia.
Podkład dobrze rozprowadza się na mojej skórze, aczkolwiek jego perfekcyjna aplikacja zajmuje dłuższą chwilę, początkowo tworzy smugi, więc niedociągnięcia są natychmiastowo zauważalne. Rozprowadzam go dłońmi, zauważyłam, że pod wpływem ciepła łatwiej i szybciej stapia się ze skórą, co prawda podkreśla suche skórki, jeśli są.
Krycie ma średnie, nie do końca kryje zaczerwienienia i naczynka ( widoczne na policzkach ) - zdjęcia robione w niewielkich odstępstwach czasu, przy oknie, by lepiej pokazać Wam efekt krycia - wiem, że wypadam blado :)

Podkład solo - światło dzienne
Ale po nałożeniu tuszu i starciu podkładu z ust wyglądam już lepiej :)
Makijaż oczu i podkład Better Skin w wersji solo - delikatne kryje, jak widzicie zaczerwienienia, podkówki, naczynka i pory są widoczne, tym nie mniej, gdy nie ma wyraźnych niedoskonałości można obejść się bez korektora - miewam takie piękne dni :)
Niestety efekt ten utrzymuje się dosyć krótko, mi wystarcza góra na 4 godziny, potem stopniowo znika, puder jest w stanie przedłużyć ten efekt o kolejne 2-3 godziny, a potem znikają z twarzy w niewiadomym kierunku :)
Podkład też lubi zbierać się w załamaniach skóry, w zmarszczkach i w porach, muszę ciągle go pilnować, bo efekt ten nie wygląda dobrze...
Mojej skóry, w obecnym stanie, nie natłuszcza, ani nie wysusza, nie przyczynił się do powstawania podrażnień, po miesiącu stosowania nie zauważyłam aby podkład zredukował niedoskonałości czy zaczerwienienia, po zmyciu makijażu nadal są, ale w cuda nie wierzyłam - traktuję go wyłącznie jako kosmetyk do makijażu, a nie do naprawy skóry.

Podkład + puder + róż
Cena - ok. 40 zł / 30 ml

Dostępność - drogerie, w tym internetowe, supermarkety.

Podsumowując...

Better Skin nie zachwycił mnie niczym szczególnym, choć tonacja mi bardzo odpowiada, ładnie pasuje do mojej skóry, ale nie wyróżnia się ani trwałością, ani kryciem, ani działaniem, tym nie mniej lubię go stosować, ponieważ nie ciemnieje na skórze, zawiera wystarczająco wysoki, jak dla mnie, filtr, nie obciąża mojej skóry, nie podrażnia, jest zupełnie niewyczuwalny na skórze, nie tworzy efektu maski, tylko nieco ją ożywia, a nawet dodaje naturalnego blasku, szkoda że ten efekt tak szybko znika...

A Wy już poznaliście Better Skin`a?
Jak sprawdza się na Waszej skórze? Jesteście z niego zadowolone?
Podzielcie się swoimi opiniami :)
Miłego wieczoru Wam życzę ;)
                                                                           

sobota, 3 maja 2014

Ulubieńcy kwietnia :)

Witajcie Słoneczka ;)
Jak Wam mija długi weekend? Wypoczywacie, czy spędzacie go aktywnie?
Dziś pogoda nie dopisuje spacerom, wyprawom ani wycieczkom, od samego ranka leje jak z cebra, a więc zabrałam się za przygotowanie notki o kwietniowych ulubieńcach, co prawda szaruga za oknem nie sprzyjała robieniu zdjęć, ale jakoś się udało :)


Kwietniowe ulubieńce, to kosmetyki, po które najczęściej sięgałam nie tylko ze względów na taką konieczność, lecz z zamiłowania do ich działania - tak prezentuje się moja kwietniowa " ulubiona " gromadka :)


W końcu i ja poznałam " fenomen " Płynu micelarnego BeBeauty, o którym tak wiele czytałam na blogach, nie powiem, że żałuje, iż poznałam go dopiero teraz, wcześniej stosowałam równie dobre i skuteczne produkty micelarne, ale zdecydowanie zasługuje on na pochwałę - nie tylko doskonale oczyszcza skórą z makijażu, sebum oraz innych zanieczyszczeń, ale również doskonale ją odświeża.
Podoba mi się jego piękny zapach umilający stosowanie, co w micelach jest z reguły niespotykane - polubiliśmy się, i to bardzo!


Peeling do twarzy z błotem morza martwego Ahavy szczególnie dobrze robił mojej skórze w okresie jej osłabienia, przesuszenia i nadwrażliwości, co więcej, nie tylko łagodnie i skutecznie oczyszczał skórę, ale również odżywiał, koił i nawilżał ją - stosowałam go jako produkt 2 w 1 ( peeling + maska ) - pozostawiony na 10 minut na skórze, działał cuda.


W kwietniu przeprosiłam się z Idealist`em Estee Lauder  moja skóra zaczęła mniej przetłuszczać się, stała się wrażliwa i podatna na podrażnienia, potrzebowała więc dodatkowej ochrony, sięgnęłam po to serum, a ono zaoferowało to, czego od niego oczekiwałam, jednak na normalnej skórze sprawdza się o wiele lepiej jak na mieszanej - stosowane pod makijaż nie tylko dodawało delikatnego, zdrowego blasku, ale również przedłużało jego trwałość, zapewniało ochronę skórze.


Pod prysznicem rządziły naturalne mydła, które w delikatny sposób oczyszczały skórę oraz Olejek pod prysznic Migdał L`Occitane en Provence, który nie tylko dobrze, a jednocześnie delikatnie myje ciało, ale również zapobiega powstawaniu podrażnień i zapewnia prawdziwą rozkosz zmysłom - zapach niesamowicie przyjemny, relaksujący, kojący!


W bardziej gorące i aktywne dni, których w kwietniu nie brakowało, ałun nie do końca dawał radę ze skuteczną ochroną przeciwpotową, " odkorkowałam " więc swojego Garnier`owego ulubieńca Mineral Extra Fresh - przyjemnie pachnie i zapewnia długotrwałą ochronę, na mojej skórze doskonale sprawdza się, dlatego co jakiś czas po niego sięgam, nie podrażnia, nie pozostawia śladów na ubraniach i zapobiega tworzeniu się mokrych plam - i o to chodzi :)


Nie zaskoczę Was również swoim ulubienicem do makijażu - tusz Volume Million Lashes So Couture L`Oreal`a zachwycił mnie od pierwszego użycia, więc sięgam po niego każdego dnia, już jedna warstwa oferuje moim rzęsom ładny, naturalny wygląd, idealnie rozczesując, wydłużając i delikatnie podkręcając rzęsy, a to wszystko w kilka sekund, czym zyskuję na czasie :)
Piękny zapach tego tuszu to już szczegół, ale jaki przyjemnyyyy!


W kwietniu zabrałam się za wypróbowanie próbek niszowych perfum Etat Libre d`Orange, na pierwszy ogień poszła Bendelirious - Urban Queer z Lizakiem w Ręku - zapach rewelacyjny, seksowny i porywający, ma w sobie coś tak magnetycznego, że trudno mu się oprzeć! Trwałość powalająca - kilka kropel nałożone na nadgarstki i szyję sprawiają, że czuję je na sobie przez cały dzień i wieczór, na ubraniach wyczuwalne nawet kilka dni później - mam nowe chciejstwo, ale pełnowymiarowe ;)
Obecnie stosuję inny zapach tej marki, ale jak tylko wypróbuję i zapoznam się dokładnie ze wszystkimi perfumowymi próbkami które posiadam, napiszę Wam o nich, są naprawdę warte uwagi!

Przypominam!!! 
Jeszcze tylko dziś, do końca dnia, możecie zgłaszać się do przetestowania
Kuracji Dyscyplinującej z Olejkiem Lnianym
Szczegóły - <klik>


Znacie któreś z moich ulubieńców?
Czy również je lubicie, czy raczej unikacie?
Podzielcie się swoimi wrażeniami :)
Miłego weekendu Kochane :*
                                                                          

środa, 30 kwietnia 2014

Baza pod cienie Ingrid od Verony

Witajcie Słoneczka ;)
Majowy weekend śmiało można uznać za otwarty!
Jak dobrze, że piątek w tym tygodniu przypadł na środę :)  Przed nami kilka dni odpoczynku, czy też spraw, na które zazwyczaj nie mamy czasu, ale zanim Was całkowicie ogarnie majówkowy nastrój, zapraszam do przeczytania recenzji Bazy pod cienie Ingrid, którą wybrałam do testowania w ramach współpracy z firmą Verona.


Dobra baza to dla mnie podstawa, mam cerę mieszaną, że skłonnością do przetłuszczenia się i choć te pod makijaż stosuję dosyć sporadycznie, bez bazy pod cienie nie mogę się obejść - żaden cień, oprócz tych niefałdujacych się, nie jest w stanie utrzymać się dłużej jak kilka godzin na moich tłustych powiekach :)
Baza pod cienie Ingrid od razu przykuła moją uwagę, postanowiłam ją wypróbować na swoich powiekach, cenowo wypada bardzo korzystnie, a jak jest z jakością i trwałością?


Słów kilka od producenta

Baza pod cienie dzięki lekkiej, kremowej konsystencji umożliwia równomierną, delikatną aplikację.
Olej z oliwek zapewnia nawilżenie, zaś witamina E znana z przeciwstarzeniowych właściwości doskonale wpływa na kondycję skóry.
Kolory staja się bardziej nasycone, cienie nie zbierają się w załamaniu powiek, zaś efekt spektakularnego makijażu utrzymuje się przez wiele godzin.



Bazę otrzymujemy w ładnym, estetycznie wyglądającym i solidnie wykonanym, przezroczystym słoiczku, o pojemności 6,5 g, z szeroką, czarną nakrętką, na której zostało umieszczone logo marki, patrząc na zakrętkę w słońcu widać subtelne, brokatowe drobinki mieniące się wszystkimi kolorami tęczy.
Słoiczek jest mały, więc bez problemu zmieści się w kosmetyczce,  dodatkowo jest poręczny i bardzo wygodny w użyciu - z łatwością odkręca się i szczelnie zakręca się jednym ruchem, czym zapewnia kosmetykowi ochronę i przedłuża jego żywotność.


Słoiczek dodatkowo jest zapakowany do tekturowego pudełko na którym znajdziemy wszystkie niezbędne informację, w tym pełny skład.
Całość bardzo ładnie prezentuje się, dodatkowo słoiczek jest odporny na zarysowania i uszkodzenia, a napisy nie ścierają się - podoba mi się dopracowanie wszystkich szczegółów.



Baza wypełnia słoiczek niemal do samej góry, ale nie dochodzi do brzegów, dzięki czemu mamy pole do " manewru " nabierając kosmetyk, no i jest łatwy w utrzymaniu w czystości, ponieważ baza nie wciska się pod nakrętkę, nie brudzi słoiczka, po każdym użyciu wygląda schłudnie.
Baza jest bezzapachowa, ma świetny, cielisty kolor i bardzo lekką, kremową, delikatną konsystencję. Z łatwością nabiera się ją opuszkiem palca i z przyjemnością rozprowadza - sunie po powiece niczym masełko, oszczędzając pocierania i rozciągania delikatnej skóry, równomiernie " układa się", natychmiastowo poprawiając i wyrównując koloryt powiek - wszystkie drobne naczynka zostają skutecznie zatuszowane ;) Nie tworzy grudek, idealnie wtapia się w skórę.


Obawiałam się, że przez swoją kremową konsystencję, mimo przyjemności aplikacji, baza straci na trwałości, ale moje obawy były bezpodstawne, owszem, jest delikatna, ale dobrze " przywiera " do powiek oraz skutecznie utrzymuje na nich cienie, ułatwia ich aplikację, podbija kolor, zapobiega migrowaniu, ścieraniu i rozmazywaniu.
Efekt na moich tłustych powiekach, w zależności od cieni, utrzymuje się nienagannie przez 6 - 8 godzin, natomiast z ciemnymi, bardzo nasyconymi odcieniami ten czas czasami skraca się o, mniej więcej, dwie godziny, zaczynają zbierać się w załamaniach, ale to i tak bardzo dobry wynik, ponieważ bez bazy te cienie fałdują się już po 2-3 godzinach.
Baza jest przeznaczona do cieni prasowanych, sypkich oraz brokatów.
Nie powoduje u mnie przesuszenia ani podrażnienia, nawet gdy trafi do oka, nie robi żadnej szkody, nie piecze, nie szczypie, z łatwością usuwa się za pomocą płynu micelarnego.

Cena - 9,99 zł / 6,5 g

Dostępność - drogerie internetowe i stacjonarne, szczegółowe info na stronie producenta - Verona.

Podsumowując...

Czy jestem zadowolona z tej bazy?
Jak najbardziej! To dobry kosmetyk za małe pieniądze który wystarczy " po/wieki " :) I choć na moich przetłuszczających się powiekach nie do końca idealnie radzi sobie z utrzymaniem w ryzach niektórych ciemnych cieni, z pozostałymi doskonale daje radę, no i jest nadzwyczajnie przyjemna w użyciu!
Dzięki bazie pod cienie Ingrid mogę cieszyć się trwałym makijażem oczu nie obawiając się rozmazywania czy fałdowania, cienie trzymają się tam, gdzie ich miejsce, a nie spływają wraz z sebum :)

Znacie tą bazę? Jak u Was zdaje egzamin?
A może polecacie inne produkty tej firmy - piszcie, chętnie skorzystam z Waszych rekomendacji :)
Udanej i pogodnej majówki Wam życzę ;*

                                                

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Tusz do rzęs L`Oreal Paris Volume Million Lashes So Couture

Witajcie Słoneczka ;)
Tusze do rzęs L`Oreal Paris należą do moich ulubieńców, ostatnią propozycją, która mnie zachwyciła, była maskara Lashes Excess Noir choć nie była ideałem, upodobałam jej głęboką czerń, wygodną szczoteczkę i świetne efekty, które zapewniała na moich rzęsach, trocha czasu od naszej znajomości upłynęło, a nie tak dawno marka wprowadziła kolejną nowość - Volume Million Lashes So Couture, która od razu przykuła moją uwagę i wzbudziła ciekawość...
Już od miesiąca namiętnie ją stosuję i przyznam, że jest naprawdę rewelacyjna, ale o tym po kolei ;)


Słów kilka od producenta

Szczoteczka Couture o wyjątkowo drobnych i miękkich włóknach, łączy w sobie delikatność i precyzję, aby dotrzeć do każdej rzęsy zapewniając równomierne rozdzielenie i elegancki efekt.
L'Oréal Paris opracował specjalną formułę, która pozwala pokryć rzęsy intensywnie czarną zasłoną.
Wysokiej jakości materiał – formuła „płynnego jedwabiu” – delikatnie pokrywa każdą rzęsę, by nadać objętość i intensywność barwy, podkreślając oczy jedwabistą czernią.
Twoje oczy zyskają elegancką oprawę i szykowny rys w najdrobniejszym szczególe dzięki innowacyjnej formule Volume Million Lashes So Couture o zniewalającym zapachu.
Ultraprecyzyjna szczoteczka Couture definiuje i otula tuszem każdą rzęsę.
Bogata formuła o zniewalającym zapachu, zawiera płynny jedwab i czarne pigmenty aby nadać rzęsom intensywną objętość bez grudek.



 Maskara L`Oreal Paris Volume Million Lashes So Couture jest podana w pięknym, charakterystycznym dla tej linii, olśniewającym opakowaniu o pojemności 9 ml, połączenie fioletu i złota tworzy harmonijną, przyjemną dla oka całość.
Ładny wygląd, to nie jedyna jego zaleta, jest również wygodne w użyciu i zostało solidnie wykonane - odporne na zarysowania, nawet po upadku wygląda nieskazitelnie, napisy nie ścierają się w trakcie użytkowania, a korek szczelnie dokręca się, delikatnie blokując się, co zapewnia dłuższą żywotność i świeżość maskarze.


Prócz podstawowych informacji o produkcie, znajdziemy również pełny skład - zamieszczam dla zainteresowanych :)



Szczoteczka również zachwyca, zarówno swoją formą jak i wielkością - jest mała, zgrabna i elastyczna, z łatwością nią operuje się nawet na najmniejszych rzęskach, i to bez brudzenia i " kropkowania" powiek :) jest usiana dużą ilością małych, i tych zupełnie malutkich, wypustek, które, w odróżnieniu od większości tego typu szczoteczek, są nadzwyczajnie delikatne i miękkie, bezinwazyjnie aplikują maskarę od nasady rzęs, bez kłucia, bez dyskomfortu, doskonale je rozdzielając, aż po same końce - otulając je równomiernie cienką warstewką tuszu.


Za każdym razem na szczoteczce jest tyle tuszu, ile potrzeba go do umalowania rzęs na jednym oku :) Magia!
Żadnego nadmiaru, nie ma więc potrzeby usuwania resztek tuszu ze szczoteczki, dzięki czemu zyskuje on na wydajności - nic się nie marnuje, a nasze rzęsy na atrakcyjności, bo nie są posklejane, lecz idealnie porozdzielane :)
Opakowanie po miesiącu stosowania nadal wygląda estetycznie i ładnie, jak nowe.


So Couture ma świetny, intensywny odcień głębokiej czerni, co przy moich jasnych rzęsach jest dużą zaletą, już po jednym pociągnięciu doskonale je uwydatnia i podkreśla nadając oczom wyrazistości, a spojrzeniu tajemniczości.
Konsystencja tuszu jest półpłynna, nie jest on mokry lecz, co mnie zaskoczyło, od razu " gotowy " do aplikacji, nie potrzebuje " leżakowania " - idealny, od samego początku! Co ciekawe, po miesiącu regularnego stosowania nie zauważyłam żadnych zmian w jego konsystencji - tusz nie gęstnieje, nadal jest taki, jaki być powinien.
Już jedna warstwa tuszu zapewnia moim rzęsom ładny, naturalny, a jednocześnie wyrazisty wygląd - dobrze wydłuża, perfekcyjnie rozdziela i ładnie kształtuje, podwijając nawet te najmniejsze rzęski. Nie zauważyłam, aby je jakoś spektakularnie pogrubiał, ale doskonale je zagęszcza, co widać zwłaszcza tuż u nasady.
Druga warstwa jeszcze bardziej pogłębia efekt - nakładam ją zazwyczaj na wieczorowe wyjścia, na co dzień wystarcza mi jedna.
Maskara nie tworzy grudek, nie skleja, nie odbija się na powiekach, szybko wysycha na rzęsach i w takim perfekcyjnym stanie utrzymuje się przez cały dzień, nie obsypuje się, nie rozmazuje, także przy łzawieniu czy wysokiej wilgotności, wytrzymuje nawet w deszczu, natomiast zmywa się bezproblemowo - używam płynu micelarnego lub żelu do mycia twarzy, w obydwu przypadkach znika bez śladu :)
Dodatkowym atutem tego tuszu jest cudowny zapach, mi przypomina mleczną czekoladę lub kakao i wanilię, który jest wyczuwalny już od pierwszego otwarcia, a potem za każdym kolejnym razem uprzyjemnia stosowanie :)

 Cena - 54 zł / 9 ml

Dostępność - drogerie, w tym internetowe.

Podsumowując...

Volume Million Lashes So Couture u mnie sprawdza się genialnie i choć cena może wydawać się wysoka, według mnie jest wart każdej złotówki!
W kilka chwil upiększa rzęsy, nadając im intensywnego odcienia czerni, idealnie rozdzielając, wydłużając i podkręcając je, a przy tym niezawodnie utrzymuje się przez cały dzień i z łatwością zmywa się.
Tusz nie powoduje u mnie podrażnienia, nie przyczynia się do nadmiernego wypadania rzęs i jak przyjemnie pachnie! Aż chce się po niego sięgać :)

Znacie/stosujecie ten tusz?
Jak go oceniacie?
Czy przypadł Wam do gustu tak samo jak mi, czy macie co do niego zastrzeżenia?
Miłego wieczoru :*